Dzień 60

Kiedy rzucam sobie wyzwanie, że będę coś robił każdego dnia i przebrnę przez najtrudniejszy moment, czyli faktycznie zacznę to robić to niewiele jest rzeczy, które mogą mnie powstrzymać.

Potrafię pokonać potężne siły jak prokrastynację, niechcemisizm czy nawet lenistwo. Wiem jak działa mechanizm wyrabiania w sobie nawyku i co zrobić, żeby taki nawyk wyrobić szybciej.

Jest jednak coś, z czym nie jestem w stanie wygrać. To brak czasu. Weź, Paweł! Skończ pierdolić, kurwa… to sobie zrób czas.

Czytaj dalej

Newsletter

Hej, zostaw mi swojego maila. W każdy poniedziałek wyślę Ci podsumowanie wpisów z poprzedniego tygodnia, co Ty na to?

Uwielbiam freelance

Jakiś czas temu wróciłem na dobre do przyjmowania zleceń w zakresie projektowania. Chwilę później pojechałem na krótkie wakacje. Takie rzeczy nie działyby się na etacie.

Lubię być wolnym strzelcem. Wraz z podpisywaniem kolejnych umów i wystawianiem kolejnych faktur przypominam sobie jak bardzo mi tego brakowało. I bynajmniej, wcale nie ze względu na dobre hajsy.

Freelance to stan umysłu. Wymaga sporego ogarnięcia. Pobudza do działania. Wzmaga organizację. Znacznie mniej tu miejsca na chaos niż w życiu z samego tylko przychodu pasywnego.

Nowe projekty to fantastyczne pomysły kreatywnych przedsiębiorców (bez ironii). To sama przyjemność przyjmować (lub odrzucać) nowe zlecenia. Każde z nich to swego rodzaju wyzwanie, a przecież lubię wyzwania.

I tak naprawdę jedyne czego żałuję pracując jako freelancer to fakt, że nie mam porównania, bo nigdy nie przepracowałem ani godziny na etacie. Ale nie wyobrażam sobie jak mógłbym dać się zamknąć w biurze od 8 do 16.

Uwielbiam freelance.

Loginy i ludzie

Wróciłem właśnie z Trójmiasta. Termin urlopu nie mógł być lepszy. Nie dość, że pogoda była jak drut, to akurat trafiłem na trójmiejskie spotkanie użytkowników tookapic. Nie pierwsze z resztą.

10 osób, które do tej pory znałem jedynie ze zdjęć. 10 osób, ktore pod niewiele mówiącymi loginami dzielą się swoją historią fotografując dzień w dzień.

Po raz kolejny utwierdzam się w przekonaniu, że tookapic to serwis dla ludzi ambitnych, ciekawych i po prostu wesołych.

Ale ja nie o tym chciałem! Chciałem o loginach. O tych czasem absurdalnie brzmiących nazwach użytkowników. Za każdym z takich loginów kryje się człowiek z krwi i kości.

Nawet jeśli to bordo na Wykopie. Nawet jeśli to jasiofeminista1999. Nawet jeśli treść czy komentarz, który publikuje wydaje się być tak oderwany od rzeczywistości – to wciąż pisze człowiek.

Warto wybrać się raz na jakiś czas na jakiś meetup Waszego ulubionego serwisu, żeby sobie o tym przypomnieć.

11 września

Pamiętam jak dziś, kiedy 15 lat temu, we wtorek 11 września, po powrocie ze szkoły włączyłem telewizor. Nie chcę dziś pisać o tej tragedii, ani tym bardziej o teoriach spiskowych, które się wokół niej pojawiły. No i tamten zamach przy „naszym” zamachu jest niczym.

Dziś po południu wracając z urlopu usłyszałem w radio pytanie dziennikarza do profesora amerykanistyki.

Czy Polska ma w swojej historii odpowiednik amerykańskiego 11 września?

Czy mamy odpowiednik doliny krzemowej? Czy mamy odpowiednik amerykańskiego snu? Czy mamy odpowiednik McDonalda? Czy mamy odpowiednik Hollywood? Jest tyle odpowiedników, które fajnie byłoby mieć w Polsce.

Nie, kurwa. Dziennikarz chciałby mieć odpowiednik największego zamachu terrorystycznego w historii kraju. Ręce mi opadły, a nie było to takie proste, bo akurat prowadziłem samochód. W telewizję zwątpiłem już dawno. Teraz wątpię w radio.

Plaża we wrześniu

Bez terytorialnej wojny o piaszczyste parcele. Bez widoku brzuchatych Januszy i podpitych Grażyn nieco zbyt optymistycznie wdzięczących się w słońcu. Bez nachalnych naganiaczy. Bez zgiełku.

Plaża.

Nawet nie gdzieś na Florydzie. Nie na Lanzarote. Nie w Egipcie nawet. Nad polskim morzem. Nad Bałtykiem.

Na przestrzeni kilkuset metrów leżę tylko ja, żona, syn i kilku zbłądzonych plażowiczów. Leżę. W brzuchu mam świeżo skonsumowaną wybitnie smaczną flądrę.

Jest coś niesamowicie relaksującego w dźwięku popołudniowego szumu morza. Regularny, spokojny przerywany od czasu do czasu krzykiem mew – równie relaksującym.

Komputer został w pokoju. Telefon w trybie samolotowym. Nikt się do mnie nie dodzwoni. Nikt mi nie przeszkadza. Nie ma terminów, sprzedaży, budżetów.

Jestem tylko ja i plaża. Jest dobrze.

Robisz coś? Rób to dobrze!

Kontynuując wczorajsze przemyślenia. Dziwi mnie, kiedy ktoś narzeka, że nie ma roboty. A narzekają najwięcej tak zwani janusze biznesu. Tacy jak pewien majster, któremu kiedyś śmiałem złożyć ofertę szybkiego remontu i jeszcze poprosić o telefon. Dostałem odpowiedź jakiej się nie spodziewałem (pisownia oryginalna):

Dzwonic nie będę bo w ogłoszeniu jest zamieszcozny numer telefonu i jeśli zależy komus na remoncie konkretnych pytaniach to zekomy jan kowalski powinien sam zadac sobie odrobine trudu żeby zadzwonic, porozmawiac i umówić się na spotkanie w miejscu w kturym remont mialby byc zrobiony.a tak z ciekawosci to jak kwie ile kosztuje kontener za ktury kowalski musi zaplacic??? bo te 2200 to chyab ba same sniadania przez te 7 dni.

Zabawne, że nad odpowiedziami na moje proste pytania musiałby się zastanawiać krócej niż nad tym wywodem powyżej. Z resztą nie szukałem majstra, który na śniadanie wydaje ponad 300 zł. Ten pierwszy kontakt nie wróżył dobrej współpracy. Podziękowałem.

Czytaj dalej

Bylejakość i fuszerka

Bylejakość i fuszerka jest dziś na porządku dziennym. W urzędach, sklepach, w sektorze usługowym ale i w produkcji. Wszędzie ze świecą szukać kogoś kto zna się na swojej robocie.

Przykład idzie z samej góry. Od ministerstw obsadzonych ludźmi nie mającymi nic wspólnego z pełnionymi stanowiskami. Przez produkty, które nie wytrzymują nawet drogi ze sklepu do domu. Wielkie korporacje z dziurami w dziale HR zatrudniające niekompetentnych ludzi. Aż po kelnera w knajpie, który tryska chamstwem na kilometry.

Kiedy trafiam na kogoś, kto nie tylko zna się na tym co robi, ale też przykłada się do tego, nie robi ze mnie idioty, a do efektów jego pracy nie ma jak przyczepić – jestem w szoku.

Tak nie powinno być.

Konferencje Apple

Tej dzisiejszej jeszcze nie oglądałem, ale już ją uwielbiam. Uwielbiam wszystkie konferencje Apple. Dzięki ludziom, którzy nie przebierają w słowach komentując kolejne ogłoszenia.

Uwielbiam tych, którzy podnosza lament nad innowacjami, które akurat im się zupełnie nie podobają. Uwielbiam tych, którzy krzyczą, że tylko Windows! Tylko Android! Apple dla snobów! I tych, którzy komentują wysokie ceny nowego sprzętu Apple, tak jakby były to artykuły pierwszej potrzeby.

I w końcu uwielbiam tych, którzy zupełnie się nie pierdolą i otwarcie mówią, jak Apple powinno zarządzać… Apple.

Czyny. Nie słowa.

Jest takie powiedzenie „Do as I say, not as I do.” – mantra rodziców. „Rób jak mówię. Nie jak sam robię.” Normalnie, jakbym słyszał tak zwanych inflencerów.

Ten dziennik jest bardziej dla mnie niż dla Was. Pisałem o tym już przy okazji podsumowania pierwszego miesiąca codziennego blogowania. Cieszę się ogromnie, że ktoś wyciąga z tego jakąś wartość. Ale gdzieś po cichu mam nadzieję, że to na mnie ten eksperyment będzie miał największy wpływ.

Każdy z tych tekstów, ktore się tutaj pojawiają skłania mnie do zastanowienia. Każdy odcinek podcastu to dłuższa rozkmina. Każda treść, którą publikuję popycha mnie do przodu.

Działa to trochę na zasadzie: „Kurwa, Paweł piszesz ludziom te wszystkie mądrości. Może byś sam skorzystał, przynajmniej z niektórych.” Korzystam. Gdybym nie korzystał – byłbym zwykłym hipokrytą. Można mówić wspaniałe rzeczy. Ale od pierdolenia z cieplutkiej kanapy jeszcze nikt niczego nie osiągnął.

Po nagraniu ostatniego odcinka podcastuTego, w którym czas ucieka – zarezerwowałem 4 dni nad morzem. W drugiej połowie września wybieram się pożeglować. Spadochronu jeszcze nie ogarnąłem, ale pracuję nad tym.

Czyny. Nie słowa.

Prokrastynacja jest… dobra?

Pierwsze ciężkie przypadki prokrastynacji spotykały mnie na studiach. Szczególnie w okolicy sesji. Potrafiłem zrobić wszystko, żeby nie usiąść do notatek.

Mieszkanie było wysprzątane na błysk. Żarcie ugotowane na dwa tygodnie. Pamiętam też moment, w którym się opamietałem. To było w chwili kiedy zamiast się pouczyć postanowiłem poćwiczyć. Zapaliła mi się wtedy czerwona lampka. Wiedziałem, że sprawy zabrnęły za daleko.

Czytaj dalej

Freelance. Powrót.

Jest coś magicznego w momentach, kiedy wracamy na stare śmieci. Wizyta na osiedlu na którym się wychowaliśmy. Dom rodzinny, mój pokój i jego ściany oklejone plakatami ze starą, różową Corvettą w cabrio. Podstawówka, której korytarze znamy na pamięć do tej pory. Te rzeczy, których się nie zapomina.

Kilka tygodni temu odkurzyłem plik wzór_umowy.doc i po raz pierwszy od kilkunastu miesięcy wziąłem zlecenie. Kilka dni temu wróciłem na dobre. Czuję się jakby ktoś posadził mnie na rower po latach niejeżdżenia. Ale tego się nie zapomina.

Scena. Gość wraca po latach do rodzinnego miasta. Jest letni wieczór. Bierze taksówkę. Otwiera okno i wystawia głowę. Przez resztę drogi chłonie zapach, który pamięta od dziecka. Z przymkniętymi oczami, ale uśmiechnięty od ucha do ucha.

Czuję się właśnie jak ten gość.

Skąd się bierze czas?

Zdarzyło mi się kilka razy, że ktoś zapytał mnie, skąd biorę czas na to, żeby robić to co robię. Poza pracą i Rodziną oczywiście. Otóż, pozwólcie, że wyjawię Wam skąd bierze się czas.

11 minut bierze się z nieobejrzenia jedenastominutowego filmu na YouTube. Godzinę dziennie dostać można blokując Facebooka, Kwejka i Demotywatory w przeglądarce. Dwie godziny – rezygnując z telewizji. 50 minut – wyłączając powiadomienia w telefonie. A aż dwie doby w tygodniu można odzyskać nie upodlając sie w piątek, piąteczek, piątunio.

Wszyscy mamy w dobie 24 godziny. Ja, Wy, Madonna, Jeff Bezos, Bill Gates, Leonardo Di Caprio i każdy człowiek na ziemi. Każdego dnia dostajemy 24 godziny i ani sekundy dłużej. Brakuje czasu? Może wystarczy wyłączyć YouTube’a?

Rejestr potknięć

Znacie to uczucie, kiedy przypominacie sobie co durnego zrobiliście w zamierzchłej przeszłości? Tak bardzo sobie przypominacie, że aż musicie krzyknąć, żeby się z tego otrząsnąć.

Znacie, znacie. Każdy zna. To to samo uczucie, które nie pozwala Wam zasnąć, bo właśnie przypomnieliście sobie co głupiego powiedzieliście na ostatniej randce.

Mam dobrą wiadomość. Nikt nie prowadzi rejestru tych wszystkich faux pas, które popełniliście. Ludzie mają w dupie Wasze potknięcia. Nikt nie zapisuje każdej głupoty, którą palnęliście. Nie istnieje wielka księga bąków puszczonych w towarzystwie. Nikogo to nie obchodzi. Cały świat ma to w dupie.

I Wy też powinniście.

Drukujcie zdjęcia

Dziś będzie paradoks. Jak tylko pojawiły się aparaty cyfrowe – zdjęcia po prostu zaczęły znikać. Coś nie halo, bo chyba wraz z nadejściem nowszej technologii zdjęć powinno przybywać?

Owszem, robimy nieporównywalnie więcej zdjęć. Jest jednak problem. Odnalezienie CD z fotkami z 2011 jest właściwie niemożliwe. A jeśli nawet, to uruchomienie takiej płyty nie koniecznie musi się udać.

Formatujemy dyski, zewnętrzne backupy padają, zmieniamy komputery i telefony. Z tym wszystkim gdzieś przepadają kolejne tysiące fotografii.

A tymczasem na regałach rodziców stoją albumy ze zdjęciami sprzed pięciu, dziesięciu i trzydziestu lat. Są. Od lat. Zarchiwizowane w najlepszy możliwy sposób. Po prostu wydrukowane.

Bariera dwóch dni

Część z Was zagląda pewnie tutaj codziennie. I ci z Was zauważyli zapewne, że jest poślizg w publikowaniu nowych tekstów. Teksty są pisane na bieżąco, ale publikowane z opóźnieniem.

To eksperyment, którego szczerze mam dość. Postanowiłem sprawdzić, czy moja teoria dwóch dni ma się tak samo do tekstów jak do zdjęć. Ma się. Dokładnie tak samo. O czym mówię?

Na tookapic w profilu użytkownika mamy pewną statystykę. Nazywa się to Streak i oznacza liczbę zdjeć publikowanych z maksymalnie jednodniowym opóźnieniem, jedno po drugim.

Czytaj dalej