Muszę najpierw

Zanim zapiszę się na siłownię muszę najpierw kupić dobre dresy, duży bidon, opracować sobie plan ćwiczeń i znaleźć znajomego, który zapisze się ze mną.

Zanim zacznę pisać bloga muszę najpierw wymyślić nazwę, kupić domenę, wybrać dobry serwer i przede wszystkim piękny szablon.

Zanim zacznę robić zdjęcia muszę najpierw założyć konto na Instagramie, 500px, Flickrze i Tookapic, poczytać o fotografii, no i kupić jakiś lepszy aparat, najlepiej lustrzankę.

Mogę tak w kółko. Serio. W znajdowaniu wymówek typu „Zanim X muszę najpierw Y.” jesteśmy wyjątkowo kreatywni.

Newsletter

Hej, zostaw mi swojego maila. W każdy poniedziałek wyślę Ci podsumowanie wpisów z poprzedniego tygodnia, co Ty na to?

Ilość = jakość

Wszyscy znamy powiedzenie, że liczy się jakość, a nie ilość. Tyle, że aby pojawiła się jakość – potrzebna jest najpierw ilość. Ansel Adams, wybitny amerykański fotograf powiedział kiedyś takie zdanie.

Dwanaście świetnych fotografii każdego roku to wspaniały plon.

Znacznie łatwiej znaleźć jest dwanaście dobrych fotografii wśród 10,000 zrobionych w całym roku niż zrobić równo dwanaście i liczyć na to, że każde z tych dwunastu zdjęć będzie dobre. Inny fotograf, Henri Cartier-Bresson również całkiem trafnie stwierdził, że:

Twoje pierwsze dziesięć tysięcy zdjęć będzie najgorsze.

Podobnie jest z pisaniem, komponowaniem, sportem, malowaniem, filmowaniem i śpiewaniem. Jeśli chcę aby pojawiła się jakość muszę najpierw postawić na ilość.

Geniusz Spotify

Spotify to wspaniały wynalazek, świetna usługa i genialna aplikacja. Z tą genialną aplikacją przesadziłem? Zwykły streaming, powiecie? Bynajmniej. Ale o tym za pięć akapitów.

Jakiś czas temu Szwedzi wprowadzili do Spotify nową funkcję, która zmieniła sposób w jaki słucham muzyki. Chodzi o Odkryj w tym tygodniu. Jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało zacząłem kojarzyć poniedziałki z czekającą na mnie nową, idealnie dobraną pod mój muzyczny gust playlistą od Spotify.

Sprytny algorytm zaskakująco trafnie podpowiadał mi co tydzień czego powinienem posłuchać i co może mi się spodobać. W ciągu kilku tygodni odkryłem tuzin nowych wykonawców, którzy swoją muzyką uzupełnili wysłużone, od dawna słuchane przeze mnie do granic możliwości albumy.

Czytaj dalej

Odpoczywam w kosmosie

Jestem bardzo podatny na hype. Jeśli jakiś produkt, film czy gra zrobi wokół siebie sporo szumu to jest duże prawdopodobieństwo, że film obejrzę, w grę zagram, a produkt drogą kupna nabędę.
No Man’s Sky to gra, która została wyhajpowana tak dalece, że powinienem ją kupić trzy razy. Na moim PS4 pliki produkcji Hello Games znalazły się dzień po premierze, jeszcze przed wysypem recenzji. Recenzji – nie ukrywajmy – mało pochlebnych.

Grze dostało się chyba za wszystko. Od niskiej jakości grafiki, przez brak trybu wieloosobowego, uproszczoną do granic możliwości mechanikę, aż po wszechobecną wtórność i nudę.

Tymczasem w mojej opinii, prostota, wtórność i uczucie nudy jakie gra wywołuje stanowią jej największy i najmocniejszy plus. Po całym dniu pracy, kiedy Żona i Syn już śpią, a ja mogę usiąść ze szklanką zimnego piwa przed monitorem – nie chcę znów myśleć. Chcę a) bezmyślnie mordować wirtualnych zbirów lub b) snuć się po bezkresnym wszechświecie.

No Man’s Sky wręcz z nawiązką zaspokaja moją potrzebę bezmyślnej rozrywki. Kiedy stoję przed wielkim blokiem, który w grze oznacza złoże złota i ryję w nim zielonym laserem przez 20 minut – po prostu odpoczywam.

Dwa dni wolnego

Co masz zrobić dziś, zrób pojutrze. Będziesz miał dwa dni wolnego. Wspaniałe słowa nieznanego autora. Tak prawdziwe. Tak kuszące. Tak bardzo mi bliskie.

Skłonności do prokrastynacji nie pomagają. Kusi przyjemny zapach sobotniego lenistwa. A myślami jestem już na wieczornej imprezie. Właściwie to na imprezie jestem już prawie fizycznie, bo słowa te piszę z tylnej kanapy samochodu, który dzielnie wiezie mnie na melanż.

Nie chce mi się pisać. Nic mi się nie chce. Mało brakowało a ten tekst przeczytalibyście pojutrze. Dobrze, że jest dyscyplina.

Przeczytaj instrukcję

Od dawna zaskakującym dla mnie jest jak bardzo wierzymy w swoje techniczne umiejętności. I jak bardzo te umiejętności nie dorastają do naszych wyobrażeń.

Meble z IKEA poskładam sam. I co z tego, że po złożeniu kanapy zostaną mi dwie deski i 16 śrubek. Strach siadać, ale złożyłem sam. Bez pomocy malowideł szwedzkich inżynierów.

Tutorial do nowozainstalowanego oprogramowania? Plażo, proszę! Pomiń, pomiń, pomiń, pomiń. A później główkuj, mądralo jak to wszystko działa. Albo raczej – dlaczego nie działa.

Czytaj dalej

Świat nie jest mi nic winien

Ci, którzy chcą – znajdą sposób. Ci którzy nie chcą – znajdą wymówkę. Ale jak to? Przecież uwielbiamy wymówki. A zrzucanie winy na wszystkich wokół to cudownie wyzwalające zajęcie.

Dużo łatwiej też wymaga się od innych niż od samego siebie. A najwięcej wymaga się od świata. A ile pretensji się świat nasłuchał. Na ratunek światu przychodzi Mark Twain, któremu zdarzyło się powiedzieć kilka mądrych rzeczy, ale na potrzeby tego tekstu przytoczę jedną:

Nie mów, że coś ci się od świata należy. Świat nie jest ci nic winien. Świat był tu pierwszy.

Czy w takim razie ja sam porzuciłem wymówki zupełnie, a jeśli czegoś wymagam to tylko od siebie? Chciałbym. Naprawdę. Niestety, daleko mi do tego. Bardzo daleko.

Ale robię postępy. Kiedy tylko zaczynam mieć pretensje do świata o to, że coś mi nie wyszło – przypominam sobie słowa pana Twaina – i robi mi się bardzo głupio. Sorry, świecie.

Daj sobie jeden dzień

Cierpliwość to rzadko spotykana cnota. Nie ukrywam, że i ja sam cierpliwością nie grzeszę. Wręcz przeciwnie. Często oczekuję efektów swoich działań jak najszybciej, chcę natychmiastowej gratyfikacji.

Staram się cierpliwości uczyć prowadząc długie, wymagające projekty jak 12 miesięcy codziennego pisania czy 365 zdjęć w roku. Jednak brak cierpliwości jest czasami silniejszy. Są dni, kiedy potrzebuję zastrzyku natychmiastowej nagrody. I wtedy rzucam sobie wyzwania mniej wymagające.

Czytaj dalej

Dzień 31

Jeśli dobrze liczę – a bardzo możliwe że gdzieś się rąbnąłem – to dziś mija 31 dzień od kiedy zacząłem pisać codziennie. Wypadałoby zatem podsumować pierwszy miesiąc dziennika i przy okazji przyznać się do czegoś bardzo, bardzo złego.

Codzienne pisanie wchodzi w krew dokładnie tak jak codzienne robienie zdjęć czy jedzenie śniadania. Po prostu w moim planie dnia pojawiła się kolejna kropka podpisana #dziennik. Dostała swoje 30 minut, które w innym przypadku spędziłbym na patrzeniu w sufit lub co gorsza – na Facebooku.

Codzienne pisanie poprawia tego pisania jakość ale i sprawia, że pisze mi się łatwiej. Sekret tkwi w codziennym treningu. Przypominam sobie jak jeszcze rok temu męczyłem się próbując wykrzesać z siebie 100 słów co tydzień.

Czytaj dalej

Motywacja VS dyscyplina

Motywacja to podstępny mały gnojek. Znika zaraz po tym jak się pojawi. Nie można na nią liczyć, nie radzę jej ufać i właściwie to chyba nie warto tracić na nią czasu.

Dużo lepiej jest polegać na dyscyplinie. Zmusić się do zrobienia czegoś już teraz, w tym momencie zamiast czekać aż łaskawie pojawi się motywacja. Mel Robbins w jednym ze swoich wystąpień powiedziała, że impuls do zrobienia czegoś (inaczej motywacja) trwa około 5 sekund. Jeśli nie podejmę jakichkolwiek działań w ciągu 1/12 minuty to jest pozamiatane.

Jeśli komuś się wydaje, że jestem zmotywowany do tego aby pisać tutaj codziennie, codziennie robić zdjęcia, każdego tygodnia nagrywać, montować i publikować podcast to jest w głębokim błędzie. To nie motywacja. To dyscyplina.

Podobnie, gdybym chciał schudnąć, potroić swoje przychody, albo nauczyć się grać na pianinie nie czekałbym na motywację. Ta pojawi się lub nie, a nawet jeśli to za chwilę gdzieś zniknie. Zamiast tego zaaplikowałbym sobie dużą dawkę dyscypliny.

Dyscyplina jest zajebista.

Lęk przed pustą kartką

Zaczynanie czegokolwiek jest przerażające. Każdy z Was, kto coś zaczynał wie o czym mówię. Mówię o lęku przed pustą kartką. Mówię o tej chwili, kiedy stajemy przed białym, czystym płótnem bez ani jednej kreski. Van Gogh też wiedział o czym mówię:

Nie masz pojęcia jak paraliżujący jest strach przed białym płótnem. Płótnem, które zdaje się mówić do malarza – „Nie potrafisz nic”. Ale to płótno tak naprawdę boi się prawdziwego malarza pełnego pasji. Malarza, który ośmieli się złamać zaklęcie „nie potrafisz” raz na zawsze.

Za każdym razem, kiedy siadam do napisania kolejnego tekstu tutaj, czy nagrania kolejnego odcinka podcastu mam przed sobą pustą kartką i pustą ścieżkę dźwiękową.

To jest dwudziesty dziewiąty wpis do dziennika. Lęk przed pustą kartką czułem i tym razem. Zniknął natychmiast w momencie kiedy na ekranie pojawiła się pierwsza litera tego tekstu.

Najtrudniej jest zacząć.

O marzeniach

Jędrzej Rayski w swoim dzienniku poruszył dzisiaj temat marzeń. A ponieważ ja sam dziś nie specjalnie mam pomysł na swoje własne przemyślenia, chamsko podpieprzę temat Rayskiemu. Ale spokojnie, jest zlinkowany i myślę, że się nie obrazi.

Mam wrażenie, że ludzie boją się marzyć. Boją się, że nie uda im się marzeń spełnić. Mierzą więc nisko. Nisko, ale bezpiecznie. Marzą o używanej Dacii zamiast o nowym Ferrari. O urlopie nad polskim morzem zamiast o rocznej wycieczce dookoła świata. O stabilnej posadzie zamiast o rozwijaniu własnego biznesu.

Ja marzę o rzeczach i przeżyciach, które są zdecydowanie poza moim zasięgiem. Przynajmniej tak mi się wydaje. Bo na tym polegają marzenia, prawda?

Nie przeceniajmy mocy marzeń. Kto wie, gdzie wystarczająco silne marzenie może nas doprowadzić. Warto puścić wodze fantazji. Bo jeśli ograniczamy się nawet we własnych marzeniach – to chyba coś jest bardzo, bardzo nie tak.

Fajrant

Kiedy wszystko jest już zrobione. Każde zadanie ma przed sobą ptaszka. Wszystkie maile zostały już napisane. Każdy telefon wykonany. Faktury podpisane i opłacone.

Tekst na #pwlk jest napisany i przygotowany do publikacji. Zdjęcie do projektu 365 jest po obróbce i zbiera w najlepsze lajki na tookapic. Dziecko wykąpane, śpi spokojnie na piętrze.

Kiedy pozostało tylko usiąść na tarasie z kubkiem gorącej herbaty i podziwiać sierpniowy zachód słońca. Kiedy można w spokoju odpocząć. Nie myśleć o serwerach, zapytaniach, wycenach, aplikacjach, bugach, klientach i podatkach.

W takich momentach wiem, że na pewno o czymś zapomniałem.

Dwudziesty pierwszy wiek

Jest rok 2016. Czemu akurat 2016, a nie 3872? W to nie chcę wnikać bo ten blog to nie miejsce na okołoreligijne dywagacje. 2016 to mimo wszystko późno. To w końcu XXI wiek.

Już niedługo zaczniemy rezerwować wycieczki w kosmos. Książki nie muszą już być z papieru. Coraz więcej nowych aut tankuje wolty zamiast oktanów. Dostęp do Internetu jest powszechny.

W kieszeni mam aplikacje absolutnie do wszystkiego. W tym taką, która podstępnie zmusza mnie do biegania po mieście celem wysiadywania wirtualnych jajek (what?). Pamiętam co najmniej kilka 16-znakowych haseł do Wi-Fi zapominając tym samym własną datę urodzenia. Ekrany komputerów mają rozdzielczość za wysoką dla ludzkiego oka.

Czytaj dalej

Połowa drogi

Istnieje bardzo dziwna i uciążliwą przypadłość. Zawracanie w połowie drogi. Przy pierwszym kamieniu milowym lub po pierwszym małym sukcesie. I nigdy… nigdy nie kończy się to dobrze.

O czym mówię? I dlaczego jest to nietypowa przypadłość? Nie byłoby niczym dziwnym, gdyby człowiek zniechęcał się porażkami. Coś mu nie wyszło – ok, odpuszcza, poszuka sobie innego zajęcia. Ale niektórych porażki motywują do dalszego działania. Za to po pierwszym, najmniejszym nawet sukcesie motywacja znika.

Czytaj dalej