Dokładnie rok temu zaczęliśmy pracę nad tookapic – platformą do prowadzenia projektów 365. Minęło 285 dni od kiedy pierwszy użytkownik zarejestrował się na tookapic.

Dziś tych użytkowników mamy kilka tysięcy, liczba aktywnych projektów w serwisie przekroczyła 500, a liczba zdjęć dobija powoli do 20.000. Więcej o samym pomyśle tutaj.

Od ponad 9 miesięcy robię startup i czuję, że to nie jest nawet początek. Gdybym nie rozpoczął od dupy strony dziś pewnie całość wyglądałaby inaczej. Gdybym zaczął od przeczytania kilku książek, być może tookapic nigdy by nie powstał. Gdybym najpierw porozmawiał z kilkoma mądrymi ludźmi – byłbym w innym miejscu.

Gwoli ścisłości – to nie będzie tekst w stylu „A pierdolę to, nie chce mi się, nie robię. I Wy też nie róbcie. Rzucam to gówno. Po cholerę mi to. Nic się nie da.” To będzie tekst jakich pełno w Sieci. Tekst kogoś kto popełnił błędy, jakie popełniają tysiące ludzi każdego tygodnia. Tekst, których nigdy za wiele. Bo pomimo tego, że przecież podobnych informacji jest masa i są naprawdę bardzo łatwo dostepne – mi udało się je ominąć.

Oto przed Wami 10 rzeczy, których nikt mi nie powiedział o prowadzeniu startupu. Nikt mnie, cholera nie powiadomił, że to tak wygląda. 10 rad, których nikt mi nigdy nie udzielił. A szkoda.

Polska to nie najlepsze miejsce na takie zabawy.

Nie chcę mówić, że tutaj nie da się zrobić biznesu. Da się. Sam prowadziłem i prowadzę nadal studio, w którym projektujemy aplikacje webowe i mobilne. Firma ma ponad 5 lat i nigdy nie było większych problemów.

Problem pojawił się, kiedy przystąpiłem do realizacji pomysłu nieco bardziej nietypowego, niż „Ja panu pierdolnę dizajn, a pan mi podeśle pieniądze.”

Jeden z najbardziej przeze mnie znienawidzonych zwrotów brzmi „tak się nie da”. Niestety przy uruchamianiu płatności w tookapic, wdrażaniu licencji i rozmów o księgowaniu tego wszystkiego usłyszałem ten zwrot wielokrotnie w takiej czy innej formie.

Nie jestem pewny czy jest sens winić za to księgowych. W końcu, z moją pomocą poradzili sobie. Problem leży raczej w totalnie popierdolonych polskich (i europejskich) przepisach. Jakiekolwiek przejawy przedsiębiorczości są duszone przez kolejne paragrafy. I w efekcie najprostszy model biznesowy rozbija się o ścianę z wielkim napisem „Prawo podatkowe”.

Zdaję sobie sprawę, że mogę brzmieć jak korwinista, ale tak to właśnie wygląda. Najprostsze transakcje, najmniejsze kwoty i najbardziej podstawowe rozliczenia wymagają takiej ilości papierów i formalności, że najzwyczajniej w świecie odechciewa się wszystkiego.

Jasne – koniec końców – da się wszystko. Kosztuje to niestety mnóstwo nerwów i dziesiątki godzin spędzonych z nosem w papierach. I gdyby nie fakt, że od strony technicznej mieliśmy już wszystko gotowe, pewnie dałbym sobie spokój i rzucił cały projekt w cholerę. Ale szkoda było mi kilku miesięcy ciężkiej pracy.

They will not come.

If you build it, they will come. To jeden z największych mitów krążących w środowisku. No, they will not come. Ludzie mają kompletnie w dupie co robisz i nad czym pracujesz.

Choćby nie wiem jak wspaniała była idea i jak cudowny produkt ludzie wciąż będą mieli to wszystko w dupie. I wiecie co? Ja się wcale nie dziwię. A już naprawdę daleki jestem od pretensji do kogokolwiek za to, że nie interesuje się moim super ekstra projektem. Bo super ekstra jest on najprawdopodobniej jedynie w moim odczuciu. No i może garstki najbardziej oddanych użytkowników, którzy i tak trafili tutaj przez przypadek.

Cała reszta dzięki mojej upośledzonej promocji albo o produkcie nigdy nie słyszała i nigdy nie usłyszy, albo – tak, zgadliście – ma go gdzieś.

Pytaj. Potem rób.

Jeden z najgorszych błędów jaki można popełnić przy tworzeniu jakiegokolwiek produktu to… zaczynanie od tworzenia tegoż. W głowie pojawia się wspaniały pomysł. Pomysł innowacyjny tak bardzo, że aż boli mózg.

I co robi taki pomysłowy chłopak jak ja? Przystępuje do realizacji. Spędza całe miesiące nad szlifowaniem kolejnych funkcji i bajerów. Przed uruchomieniem bety trzy razy zmieni UI całej aplikacji.

A co powinien zrobić? Postawić prostą stronę „coming soon” z miejscem na zapisanie się na listę oczekujących na zaproszenie. Następnie powiedzieć kilku osobom w targecie o owym pomyśle. Jak się nie rozejdzie w ciągu kilku tygodni – wypieprzyć pomysł do kosza.

Tego kroku nie spartoliłem całkowicie. Prosty landing z polem na maila pojawił się jeszcze przed pierwszą linijką kodu aplikacji. Do beta testów tookapic zapisało się ponad 600 osób. Problem w tym, że powinno ich być co najmniej 6000.

Kolejny błąd – w momencie kiedy zapisywała się setna osoba, prace nad serwisem mieliśmy już mocno zaawansowane. A w tym momencie każdemu powinna zapalić się lampka – „dla kogo, kurwa, my to robimy” – przecież ludzie mają to w dupie (patrz punkt poprzedni).

Tookapic nie był odpowiedzią na potrzebę (a powinien być, każdy startup powinien). Był tworzony raczej z pasji. To wzruszające, naprawdę. I bardzo, bardzo głupie.

Zatrudniaj programistów.

Przez pierwsze 7 miesięcy nad serwisem pracowały dwie osoby. Ja i programista. Koder na pełen etat i ja na 1,5 etatu. Ponad miesiąc temu wzięliśmy do zespołu drugiego programistę, na pół etatu. I co się okazało?

Okazało się, że w ciągu ostatnich 6 tygodni tempo pracy nad serwisem wyjebało w kosmos. Dosłownie. Podczas ostatniego miesiąca zrobiliśmy tyle, ile w ciągu poprzednich kilku.

Powiedzenie „co dwie głowy to nie jedna” jest tak cholernie prawdziwe, że aż mi głupio, że tak długo zwlekałem z zatrudnieniem nowych osób. A to przecież tylko jeden dodatkowy programista. I to na pół etatu. Strach pomyśleć co by było, gdyby klepiących w klawiatury pojawiło się w biurze więcej. Ale nie pojawiło się i póki co, nie pojawi się zbyt szybko. Powód jest prosty.

To cholernie dużo kosztuje.

Przez pierwszy rok można sobie darowac marzenia o rentowności. Mam nadzieję, że nieśmiało myśleć zaczniemy o tym pod koniec drugiego roku. Trochę bieda, bo kosztów jest sporo.

Dobry programista do najtańszych nie należy. Ba! Nawet średni potrafi zaśpiewać kilka stów za godzinę. Ale zespół to nie jedyne koszty zwiazane z „zabawą w robienie internetów”.

Zanim pojawi się przychód większy niż generowane koszty zapłacić trzeba bedzie za pełną księgowość, hosting, zespół, oprogramowanie, sprzęt, dodatkowe narzędzia i promocję. Jednym z większych wydatków jest obsługa prawna. Opracowanie regulaminów, umów, polityki prywatności, licencji. Ale wiecie co? To wciąż pikuś.

Najdroższy w całym przedsięwzięciu jest mój osobisty czas. To jedyny zasób całkowicie nieodnawialny i właściwie bezcenny. A startup żre czas potwornie. I nie mówię tu o 8-10h spędzonych w biurze, z nosem w monitorze. Mówię o pozostałych 14-16h spędzonych na myśleniu, kombinowaniu i planowaniu.

Brakuje podstawowych narzędzi.

Trudności z prowadzeniem globalnego biznesu z Polski to nie tylko posrane przepisy obowiązujące w naszym kraju. Okazuje się, że brakuje tutaj podstawowych narzędzi do łatwego i szybkiego przyjmowania płatności od zainteresowanych naszym produktem.

Tak, wiem. Jest przecież PayPal. A no jest. I to chyba jedyne rozwiązanie, które nie wymaga tysiąca podpisanych świstków i działa właściwie „out of the box”. Niestety – tak jak lubiany jest przeze mnie – przyjmującego płatności – tak ci płatności dokonujący niechętnie korzystają z PayPala. Pominę już fakt wysokich prowizji i śmiesznych kursów stosowanych przy przeliczaniu walut.

Tak, wiem. Jest przecież PayLane. Jest przecież PayMill. Otóż proces aktywacji konta w PayMill trwa kilka tygodni i wymaga kilkukrotnego wysłania papierów (pocztą) do Niemiec.

Kiedy natomiast ostatnio dowiadywałem się jak wygląda ten sam proces w PayLane, okazało się, że tam jest jeszcze weselej. Pomijając fakt, że zamrażają środki nawet na kilka miesięcy to wcale nie ma gwarancji, że w ogóle zechcą cię obsługiwać. Cały długotrwały proces może się skończyć odpowiedzią „Sorry, ale uznaliśmy, że Twój pomysł się nie nadaje”. Rozumiem. Ryzyko tak wielkie. Wow.

Oh wait. A może fakt, że taki Stripe wciąż nie pojawił się nad Wisłą spowodowany jest właśnie iloscią formalności wymaganych do uruchomienia czegokolwiek w Polsce?

Ale i tu znajdzie się rozwiązanie. Może nie koniecznie najpiękniejsze. Ale za to takie, które na stronie da się uruchomić w ciągu 36h. Bez kilkumiesięcznych okresów zamrażania hajsu i bez wysokich prowizji. Da się. Trzeba tylko wystarczająco długo szukać.

„Męcz” dziennikarzy. Codziennie.

Do tej pory o tookapic napisały dwa bardzo fajne ale też bardzo niszowe pisma. Krótkie artykuły nie mające absolutnie żadnego wpływu na ruch, a jedynie łechcące delikatnie moje ego.

W sieci wzmianki o serwisie można znaleźć na reddicie, Designer News, i kilku bardzo małych blogach w Polsce. A co z gigantami? TechCrunch, TNW, Wired, The Verge i masą innych publikacji z milionowymi zasięgami?

Pojawienie się na którymkolwiek z nich graniczy z cudem. O ile właśnie nie sprzedałeś biznesu za grube miliony, twoja strona nie leczy raka albo nie rozjebałeś systemu jakimś chorym viralem to możesz pisać, zachęcać, pitchować do usranej śmierci.

I nie ma absolutnie znaczenia czy pitchujesz do kogo popadnie czy po dogłębnym researchu piszesz maila pod konkretnego dziennikarza / blogera. Ot, loteria.

Pal sześć TechCrunch. Swojski Antyweb czy Fotoblogia nie specjalnie przejęły się którąkolwiek z wysłanych wiadomości. I znów – to wyłącznie moja wina.

Podstawowy błąd? Brak jakicholwiek relacji z prasą. Otóż „pić wódkę” z dziennikarzami należy zacząć najlepiej jeszcze przed wymyśleniem startupu. Bez prasy i blogów wieść o Twoim projekcie rozejdzie się co najwyżej po dalszej rodzinie. Jedynym wyjściem jest pisanie dalej. Aż któryś w końcu pęknie.

Zatrudnij hustlera.

Niestety nie należę do osób specjalnie nachalnych. Nie lubię prosić o przysługi. Głupio jest mi prosić o pomoc. O sprzedaż czy namawianie do wspólnego robienia biznesu nie wspominając. Do tej pory radziłem sobie z tym. Byłem dobry w swoim fachu, więc nikogo prosić nie musiałem. Ludzie przychodzili sami. Tak po prostu.

Ze startupem sprawa ma się zgoła inaczej. Tutaj, bez proszenia, przysług, i przede wszystkim sprzedaży nie ma szans na jakikolwiek sensowny ruch, o przychodzi nie wspominając. Dlatego w startupie przydaje się tzw. hustler. Pozwolę sobie przytoczyć niezwykle trafną definicję z Urban Dictionary:

People who are forced to use their Brains to make it in this world. They outsmart the smart, cunning, and has streetsmarts. They know how to get money and is skilled at doing it to. Also they can be so sly that they can sell you stuff you don’t need.

W firmie, hustler to osoba, która nie ma oporów przed naginaniem zasad. To ktoś, kto zrobi wszystko dla osiągnięcia celu. Czasem przekoloryzuje fakty, czasem będzie wyjątkowo upierdliwy, czasem bez oporów zrobi z siebie błazna. A wszystko po to, aby sprzedać, wypromować, narobić buzzu wokół startupu.

Zazwyczaj rolę hustlera pełni founder lub właściciel. tookapic ma, cholera, pecha w tej kwestii. Mi do hustlera daleko. A znalezienie dobrego celem zatrudnienia wcale nie jest łatwe.

Mobile! Mobile! Mobile!

Zgadnijcie jaka jest najczęstsza odpowiedź użytkowników na moje pytanie „Dlaczego nie zacząłeś / zaczęłaś jeszcze używać tookapic?”.

Tak, zgadliście. Najczęściej udzielaną odpowiedzią jest coś w stylu „Idea jest super. Serwis jest świetnie wykonany. Wygląda fenomenalnie. Wszystko bardzo mi się podoba. Gdybyście jeszcze dysponowali aplikacją mobilną – zostałbym najaktywniejszym użytkownikiem ever.”

Oprócz ludzi, którzy mają w dupie cały projekt są też tacy którzy w dupie nie mają. Ale nie mają też czasu. Nawet pomimo szczerych chęci nie wygenerują dodatkowych 20-40 minut dziennie na poświęcenie się nowej pasji. Co innego, gdyby codzienny rytuał zajmowała 2-4 minuty.

Dopiero kilka dni temu skończyliśmy prace nad kompletnym API tookapic. Dzięki temu dojrzeliśmy wreszcie do zlecenia budowy oficjalnej aplikacji na iOS.

Dziś wiem, że API i appka mobilna powinny być priorytetem tuż po uruchomieniu prywatnej bety i poprawieniu najbardziej uwierających błędów. Po mobilnych userów wyciągamy łapę dużo, dużo za późno.

To uzależnia.

Czytając poprzednie 9 punktów można odnieść wrażenie, że praca przy startupie to pasmo nieszczęść, błędów i porażek. I to będzie dobre wrażenie. Nie oszukujmy się – jeśli nie masz produktu, o który ludzie się zabijają – a nie masz, bo to sytuacja jedna na milion – to tak właśnie będzie wyglądał pierwszy rok życia Twojego startupu.

Przez pierwsze 365 dni można się cholernie wiele nauczyć. Na pewno zmienia się podejście do wielu rzeczy. Do ludzi, pieniędzy i mediów. W ciągu pierwszego roku bardzo łatwo się uzależnić. Od tworzenia czegoś od podstaw. Od robienia czegoś dla siebie i dla tej garstki oddanych użytkowników.

Uzależniają momenty wzmożonego ruchu. Skoki na wykresach z liczbą rejestracji. Uzależniają wzmianki w social media. Te krytyczne również. Uzależniają bezpośrednie rozmowy z użytkownikami. I oczywiście uzależnia przyspieszone tętno przy każdej konwersji. Cha-ching!

Na koniec

Haha! O Boże! Jaki chłop. No nie mogę! Jaki przegryw. Zamiast poczytać, porozmawiać, poszukać mentora, mądrzejszych od siebie to wziął i popełnił 150% możliwych do popełnienia błędów.

Tak było. I nie ma się czego wstydzić. Tysiące przede mną i tysiące po mnie będą popełniać dokładnie te same błędy. Mało tego. Mogę się założyć, że 9 na 10 osób, które dotarły na sam koniec tekstu i kiedyś wezmą się za swój pierwszy startup zrobią dokładnie to samo.

Przy trzecim czy piątym rozkręcanym startupie zapewne wrócę do tego tekstu i z uśmiechem wspomnę jakie głupie błędy zdarzało mi się popełniać.