Sobota, późne popołudnie. Wpadłem właśnie do sklepu z elektroniką w jednej z galerii po jakiś kabel, kartę pamięci albo inną pierdołę, którą za połowę ceny mógłbym dostać w internecie.

Kable i karty pamięci są niebezpiecznie zlokalizowane tuż obok alejki z aparatami. Chcąc nie chcąc zboczyłem więc nieco z kursu i postanowiłem zajrzeć i tam. To był akurat okres, kiedy szukałem dla siebie jakiegoś aparatu kompaktowego. Wahałem się między RX100IV a G7X. Na półce znalazłem tylko RX100 trzeciej generacji. Pomyślałem, że może obsługa schowała gdzieś najnowszy model. Postanowiłem zapytać. Facet ze stoiska fotograficznego zajęty był właśnie czarowaniem rodziny 2+1.

Nie chce, żeby opis zabrzmiał niestosownie ale to była stereotypowa polska rodzina. Pokaźnych rozmiarów pan z dość obfitym wąsem, w kracianej wymiętej koszuli, pod którą na 100% kryła się pożółkła żonobijka. U jego boku niewiele mniejsza rozmiarowo żona, również z delikatnym wąsem. A po środku dziecko w wieku okołogimnazjalnym.

Państwo Kowalscy – tak ich nazwijmy – znaleźli się w alejce z aparatami nie przez przypadek. Naturę mam ciekawską, więc pod pretekstem dłuższego przyglądania się półce z kompaktami postanowiłem zostać świadkiem ich zakupów.

Państwo Kowalscy chcieli kupić dziecku lustrzankę. I to były ich dokładne słowa. Nie szukali odpowiedniego dla młodego nastolatka aparatu. Oni przyszli po lustrzankę i koniec. Ten komunikat spotkał się z wyraźnym zadowoleniem ze strony gościa obsługującego klientów stoiska fotograficznego. Wiedział już, że roboty będzie miał niewiele, bo państwo są już właściwie zdecydowani i raczej zamknięci na jakiekolwiek argumenty.

Na wszelki wypadek jednak wygłosił krótkie opowiadanie o megapikselach, trybie makro, a na koniec dorzucił coś o głębi ostrości. Państwo Kowalscy byli kupieni. Aparat sprzedany. Dziecko zadowolone. Opuścili stoisko z pudełkiem zawierającym najtańszy model lustrzanki z plastikowym obiektywem ze światłem f/4,5.

Nie chcę wyjść na pesymistę, ale mam dość silne podejrzenia, że po powrocie do domu mogli być nieco rozczarowani. Bo oto okazało się, że aparat za ponad 2 kafle nie uczynił z dziecka profesjonalisty. Po kilku rozmytych portretach rodziców doświetlonych jedynie 40W żarówką z dyndającego w przeciągu żyrandola aparat najprawdopodobniej trafi na półkę i pewnie długo poczeka aż ktoś weźmie go w ręce ponownie.

To nie odosobniony przypadek. Kowalscy po prostu, jak wielu innych, nadziało się na mit lustrzanki – magicznego narzędzia, które z każdego potrafi zrobić fotografa.

Dobrym przykładem są też wujkowie na ślubach i weselach. Porządni, dobrze wykształceni ludzie, nieraz właściele dużych firm. Z wyżej opisanymi Kowalskimi raczej nie mają wiele wspólnego. Ustawiają się wujkowie w rzędzie na końcu kościoła, w dłoniach dzierżą swoje Nikony i Canony, prężąc obiektywy. Bo wiadomo, że im więcej milimetrów tym lepiej. A jak masz 300mm to już w ogóle jesteś kozak.

Wchodzi para młoda, wujkowie z dumą podnoszą czarne korpusy, a z czubka każdego z nich wyskakuje malutki flesz. Rozpoczyna się festiwal mini błysków, które nigdy nie dosięgną celu.

Nie potrafię gotować, i choćbym dostał najlepszy i najdroższy na rynku piekarnik, nie zrobiłbym nic co nadawałoby się do zjedzenia. Gordon Ramsay za to wyczarowałby kulinarne arcydzieło na jednorazowym grillu z Biedronki. Różnica między nami polega na tym, że Ramsay gotuje codziennie od lat. Mi zdarza się zrobić kanapkę raz na jakiś czas.

Dokładnie tak samo jest z fotografią. Niech nikt nie liczy na to, że będzie robił świetne zdjęcia wyciągając aparat raz na kwartał, nawet jeśli akurat pojedzie w najbardziej malownicze rejony świata. I nawet jeśli wartość jego lustrzanki przekracza wartość nowego samochodu.

Czyli co?

Nie kupuj aparatu jak Kowalscy. I nie z przeświadczeniem, że to w lustrzance tkwi sekret dobrej fotografii. Jeśli nie wiesz na czym polegają różnice między lustrzanką, a aparatem bez lustra czy kompaktem, to jest wysoce prawdopodobne, że lustrzanki wcale nie potrzebujesz.

Jeśli dopiero zaczynasz, kup aparat kompaktowy albo coś niedużego z wymiennymi obiektywami. Wyciśnij z tego ile się da. Nie bądź wujkiem z wesela. Rób zdjęcia często, najlepiej codziennie. Rzadko odkładaj aparat na półkę.

A nad lustrzanką zastanów się za kilka miesięcy. Gwarantuję, że o ile w ogóle temat zakupu lustra do Ciebie wróci, to będziesz mieć do niego zupełnie inne podejście.